To ponura historia, ale trzeba się nią podzielić. Na terenie kampusu uczelni, do której uczęszczam i dla której pracuję, mieszkała grupa zdziczałych kotów. Najwyraźniej grupa rozłożyła się w domu w pobliżu „przedszkola” i zakradała się na place zabaw, rzekomo wykorzystując piasek do produkcji litrowego pudełka i wszystkich innych okropnych rzeczy, które robią koty! Jeden z rodziców, widząc koty tak blisko dzieci, przestraszył się i zagroził, że jeśli szkoła nie zajmie się problemem, to ona to zrobi (co oznacza złe procesy sądowe). Cóż, szkoła nie mogła sobie z tym poradzić, co jest zrozumiałe, więc konserwatorzy zebrali wszystko, co mogli z kolonii i zabrali je do lokalnego schroniska dla zwierząt. W końcu było w porządku, co szkoła może zrobić z kotami? To ich los stąd nasuwa się pytanie. Cóż, jedna z pracownic szkoły zdecydowała, że zaadoptuje kota, którego uważała za matkę, kociakowi, którego uratowała ze szkoły (zanim rodzice złożyli skargę), ale mogła to zrobić dopiero w poniedziałek. W sobotę zadzwoniła do schroniska i zapytała, czy koty tam są, odpowiedziała, że tak, więc zapytała, czy może przekazać karmę, odpowiedziała, że tak. Cóż, wcześnie pon. Rankiem przybyła do schroniska i nie stwierdziła, że pozostał tam żaden ze szkolnych kotów. Ta sama osoba, z którą rozmawiała 2 dni wcześniej, powiedziała jej, że koty są dzikie i należy je uśpić. huh?! Myślałam, że po to są schroniska: dla dzikich zwierząt, które potrzebują domów. Zacznijmy od tego, że utrzymanie szkoły nigdy nie dało żadnej osobie w szkole szansy na adopcję żadnego z kotów (a dowiedziałam się o kilku), a schronisko nigdy nie dało szansy nikomu innemu. W okolicy jest mnóstwo ludzi, którzy mają czas, cierpliwość i pieniądze, aby opiekować się zdziczałymi kotami, a także mnóstwo ludzi posiadających farmy i takich, którzy chcą dobrych myszy. Rozumiem, że taka praca wymaga pewnego stopnia zatwardzenia serca, ale czy to oznacza brak serca? Potrzebuję przywrócenia wiary w schroniska dla zwierząt, bo po tym straciłem tę odrobinę, którą miałem.